Archive for 6 stycznia 2015

Kalendarze w parafii Długopole

Dziękujemy parafianom z Długopola Zdrój i Ponikwy za ich hojność i radość obdarowywania dzieci Indiańskich z Ekwadoru. W sumie za rozdane kalendarze otrzymaliśmy 760 PLN. Pieniądze prześlemy siostrom w lutym 2015

Boże Narodzenie w Oyacoto – relacja Doroty

Swiateczny czas minal blyskawicznie, jak to pewnie bywa ze swietami na wszystkich szerokosciach i dlugosciach geograficznych.

W dzien poprzedzajacy wieczor wigilijny, nie bardzo czulo sie nadchodzace Boze Narodzenie. Osobiscie czulam sie troche zdezorientowana,  kiedy po dniu niezbyt rozniacym sie od innych, okolo godziny 18 wyruszylysmy do Quito przywiezc ksiedza i kilka pak roznych rzeczy przygotowanych najwyrazniej przez jakas wspolnote dla mieszkancow Oyacoto. Sama podroz do stolicy trwala 2 godziny. Musze troche zweryfikowac moj poglad o tutejszym, przedswiatecznym spokoju, bo w sam wieczor wigilijny, miasto bylo tloczne, zakorkowane, a sklepy pelne klientow, ktorzy najwyrazniej zostawilli swiateczne zakupy na ostatnia chwile.  A w moim odczuciu, nawet na troche pozniejsza niz ostatnia…

Mimo, ze kiedy przez pol dnia pytalam z pewnym niepokojem czy bedzie kolacja, niezmiennie otrzymywalam odpowiedz „tak, oczywiscie”-kolacji wigilijnej nie bylo. Byl za to, wczesnym popoludniem, wspolny obiad, na ktorym wsrod wielu pysznosci, zjedlismy tez wyprodukowane przeze mnie 2 dni wczesniej ruskie pierogi. Szczerze mowiac nie wyszly najszczesliwiej…ale i tak byly uprzejmie i gromko chwalone ;).

Wieczor wigilijny zaczyna sie tu od pasterki. A wlasciwie od wedrowki Maryi i Jozefa po wiosce, w poszukiwaniu noclegu. Wedrowali, wedrowali, ale kazdy odmawial im gosciny, wymawiajac sie brakiem miejsca:

Az wreszcie znalezli schronienie w przygotowanej w kosciele stajence, gdzie Maryja powila dzieciatko Jezus:

 

(nie, nie, scena samego powicia nie zostala przedstawiona 😉 ). Nastepnie aniolowie pobudzili spiacych nieopodal pasterzy, ktorzy uslyszawszy Dobra Nowine udali sie oddac poklon Nowonarodzonemu:

I zaczela sie uroczysta pasterka. Wszyscy modlili sie, spiewali koledy, Maria z Jozefem opiekowali sie malym Jezusem, ktory mimo spiewow, ze „un infante se dormia”, przejawial raczej ochote do zabawy, niz do spania

 

 

za to inne maluchy posnely szybko w ramionach rodzicow i opiekunow

 

a psy, z ktorych kilka zawsze kreci sie po kosciele, lub czuwa u stop swoich wlascicieli – obserwowaly wszystko spod lawek, lub wyrazaly swoja radosc merdajac na czesc Dzieciatka ogonami

Bylo pieknie, ale musze przyznac, ze brakowalo mi bardzo naszych, polskich koled, wiec podspiewywalam je sobie cichutko pod nosem…
Bezposrednio po pasterce, odbylo sie losowanie zlozonych u stop oltarza nagrod:

 

Wygrac mozna bylo: swinke (nie zlozona przy oltarzu, ale czekajaca przed kosciolem i nieswiadoma, ze oto waza sie jej losy), krolika, kwintal ryzu, kwintal cukru, kołdre, zestaw naczyn lub nagrode niespodzianke.

 

Niestety, mimo ze nabylam los i z niezrozumialych dla mnie samej przyczyn, pragnelam zostac choc przez chwile wlascicielka swini – los mi nie sprzyjal, podobnie jak w przypadku wszystkich,  zakupionych w przeszlosci kuponow totka 😉
Po pasterce, juz w domu, zgromadzilysmy sie wokol choinki (oblozonej obficie prezentami dla wszystkich)
po wspolnej modlitwie, kazdy zapalil swiece, ktora wylosowal wraz z karteczka, na ktorej wypisane bylo imie osoby, za ktora wlasciciel karteczki bedzie modlil sie przez kolejny rok. Wylosowany zdmuchiwal swiece przy ktorej wczesniej bylo jego imie, a gdy juz wszystkie swiece zgasly – wspolnie spiewalismy koledy.
Wiekszosc, rzecz jasna, po hiszpansku, ale poniewaz towarzystwo bylo miedzynarodowe, byla tez runda w ktorej kazdy po kolei, walac w beben, zaspiewal kolede w swoim ojczystym jezyku. Ja z ogromna przyjemnoscia odspiewalam „Bog sie rodzi, moc truchleje”.

 

 

Nie wiem czy zalaczone filmiki dzialaja… (prosze o odzew z informacja). Jak na nich widac i slychac (albo nie…;) ),  przy wspolnym spiewie atmosfera byla prawdziwie swiateczna, a „Cicha noc” odspiewana zostala wspolnie, jednoczesnie po hiszpansku, po polsku, po niemiecku i po chorwacku.

A kiedy juz gardla byly zdarte od spiewu, zaczely sie zabawy, przy ktorych sporo bylo smiechu. Tance w parach z limonka miedzy czolami, tance z balonami przywiazanymi do kostek u nog, druzynowy konkurs tworzenia kreacji z gazet i bibuly, kalambury i wiele innych, z ktorych nie wszystkie przetrwalam, bo padlam do lozka upojona nieco pysznym, owocowym ponczem przygotowanym przez inne wolontariuszki.

Swieta uplynely spokojnie i wesolo, na przyjemnym lenistwie, spiewaniu kolend, wspolnych posilkach w zabawowej atmosferze,

i zabawach z dziewczynkami, ktorym bardzo przypadly do gustu swiateczne podarki.

 

Spokoj swiatecznych dni urozmaicony zostal tylko dwukrotna pobudka w nocy z pierwszego na drugi dzien Swiat, kiedy to dom zatrzasl sie solidnie w posadach, a moje lozko podskoczylo kilka razy. Na nikim nie zrobily tu jednak wiekszego wrazenia, powtarzajace sie ponoc raz na kilka miesiecy, wstrzasy tektoniczne, wiec i ja wrocilam dosc szybko w objecia Morfeusza.

A ostatnie dni roku, noc sylwestrowa i Nowy Rok spedzilysmy z wolontariuszkami z Chowacji w Cuence. Choc nie widzialam na razie za duzo, obstawiam, ze to prawdopodobnie najladniejsze miasto w Ekwadorze. Czyste, spokojne i bardzo zielone, co przy codziennosci w zawsze szarym od pokrywajacego wszystko w Oyacoto, pyle – stanowilo mila odmiane.

 

 

 

 

 

 

 

 

Tradycja sylwestrowej nocy, oprocz fajerwerkow, jest tu palenie o polnocy na ulicach miast kukiel symbolizujacych odchodzacy rok z jego troskami i problemami

 

 

 

 

 

Zdarzaja sie tez tacy, ktorzy tym troskom nadaja tozsamosc nielubianych osobistosci ze swiata polityki

Hmm… pomysl moze ciut kontrowersyjny, ale kuszacy. Sama mialabym sporo proPOzycji na symboliczne pozegnanie w ten sposob destrukcyjnych dla Polski postaci…

Dzis ostatni dzien slodkiego obijania sie,  uswietniony obiadem z ekwadorskiego specjalu – pieczonej nad ogniskiem swinki morskiej (niektorzy probowali mnie przekonac, ze to szczur, ale chyba mnie wkrecali…). Smaczne toto, ale jedzac – usilnie staralam sie nie myslec o Pigi – puchatej, czworonoznej przyjaciolce z dziecinstwa…

 

 

 

A jutro – witaj szkolo! Perspektywa jak zawsze malo kuszaca po dniach laby, ale czekaja mnie nowe obowiazki i nowe wyzwania, z ktorymi, mam nadzieje, jakos sobie poradze. Mimo,  ze ten hiszpanski wciaz u mnie w powijakach… Przy okazji chcialabym obalic mit, jakoby wsrod autochtonow nauka jezyka zawsze przychodzila fantastycznie  latwo i szybko… Hmm… nie w moim przypadku i nie tu, gdzie wszyscy mowia z predkoscia serii z karabinu maszynowego tak, ze zwykle nie wiadomo, gdzie konczy sie jeden wyraz a zaczyna kolejny, zwlaszcza, ze koncowki wyrazow sa systematycznie „polykane”…
Ale po co zaczynac nowy rok od narzekan! (Bedzie wszak na to jeszcze mnoostwo czasu ;-p)
Tymczasem zycze wszystkim, zeby powodow do narzekan w rozpoczetym roku bylo jak najmniej (jakies jednak byc musza, bo by bylo nudno…), a radosci i prawdziwego pokoju w sercach cale galony!